Cześć to znowu ja... ale chwila - słowo ''znowu'' tutaj nie pasuje, bo za dużo to mnie tutaj nie było, także może zacznę normalnie: cześć to ja, Weronika :D
Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć trochę i podzielić się wrażeniami na temat naszego ostatniego obozu z Olą, czyli EuroWeeku.
Tak więc na początek - EuroWeek to obóz zarówno dla dzieci jak i dla młodzieży, dzięki któremu możemy podszkolić swój angielski i zacząć (w moim przypadku nieudolnie próbować) porozumiewać się z różnymi osobami w języku angielskim. Dużą zasługę mają oczywiście wolontariusze z całego świata, których nieumiejętność wymawiania naszych syczących spółgłosek zmuszała do pogadania z nimi po angielsku. Po pierwsze, muszę napisać dlaczego w ogóle zdecydowałyśmy się na taki obóz, ano dlatego, że w maju nastał taki piękny dzień w czasach naszej szkoły, kiedy to przyjechały do nas Cristina i YuWili, dwie wolontariuszki z Rumunii i Filipin w ramach projektu EuroWeek - Szkoła Liderów. Po pierwszych zajęciach z nimi czułam się jakby ktoś przekazał mi energię równą tysiącu małych laptopów których bateria jest naładowana w stu procentach. ( taak wspominam o bateriach w laptopach, bo mój staruszek niestety już powoli odchodzi na emeryturę) Naprawdę, jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak szczęśliwa niż po zajęciach z nimi, dlatego kiedy tylko dowiedziałyśmy się z Olą, że jest możliwość pojechania na parę dni na EuroWeek, i tu używając miejskiego slangu, '' tak się najarałyśmy'' że się mało nie spaliłyśmy. Jakiś czas po tym zaliczka wpłacona, zgoda oddana - jedziemy! I wreszcie 5 lipca pojechałyśmy.
Pierwsze wrażenie? Super. Miejscowość ładna, ośrodek tak czysty i ładny, że aż się zdziwiłam, że przeznaczają go na miejsce pobytu dzieciarni z całej Polski, (a wiadomo, jaka ta nasza polska młodzież jest) ogółem na prawdę przyjemnie. No ale moje dobre wrażenia były czysto estetyczne, bo no cóż, szczerze powiedziawszy po pierwszych zajęciach mój entuzjazm gwałtownie spadł w dół i zarył twarzą w krawężnik. Nie było tak jak sobie wyobrażałam, czułam się zmęczona, zajęcia polegały głównie na grach i zabawach, a kiedy spojrzałam na plan naszego 5-dniowego obozu w głowie pojawiły mi się myśli samobójcze, czy aby na pewno nie wykorzystać tego pięknego, drewnianego balkonu i nie skoczyć z niego, tym samym kończąc mój pobyt na EuroWeeku, Ale jak widać żyję i pisze teraz do Was, więc balkon musi jeszcze poczekać. Już wyjaśniam dlaczego, ano dlatego że mieliśmy wypełnioną dosłownie każdą godzinę dnia, począwszy od godziny śniadania czyli od 8.00 aż do 20.00. Zajęcia, zajęcia, zajęcia. Tak wiem, po to tam przyjechaliśmy, aby się uczyć, ale gdzie czas na odpoczynek? Ale na szczęście, nie trzymaliśmy się planu tak dokładnie jak myślałam i jednak trochę tych przerw było. Szczerze powiedziawszy zajęcia nie były złe. Naprawdę, Ale mogły być lepsze, bo jednak nauka angielskiego przez formę gier i zabaw nie przemawia do mnie. Był też czas na uzupełnienie swoich marnych zapasów, poprzez spacery do pobliskiego sklepu czy też kawiarni, także dostęp do cywilizacji mieliśmy :D Aaa i najważniejsze: w hotelu była dostępna najlepsza rzecz pod słońcem, taka kroplówka na odległość, utrzymująca nas przy życiu, a mianowicie mała niepozorna rzecz zawieszona koło naszych drzwi - ROUTER TP-LINK! (a teraz oklaski za najbardziej głupi tekst dziecka urodzonego koło WiFi, które cieszy się właśnie z takich rzeczy)
Dużym plusem na obozie były prezentacje poszczególnych krajów, prowadzone przez wolontariuszy, które były zrobione na prawdę super. Nie tylko patrzyło się na nie dobrze ale i słuchało również. Dlatego wiem, że najchętniej oglądanym przez Chińczyków jest serial, który przypomina trochę skośnooką Modę na Sukces tylko kilka tysięcy lat wstecz, Każdego dnia po godzinie 20.00 odbywała się dyskoteka, można było więc trochę powyginać nasze sterane reumatyzmem ciała. Niestety nie robiłyśmy tego za często i często spędzałyśmy wieczory z nosami w telefonach albo w grając w karty. (nie umiem kłamać w Oszusta...)
Aaa i zapomniałabym - jedzenie było dobre, kolacje i śniadania cud miód ale obiady pożal się Boże, przez 5 dni ANI RAZU mięsa! Na szczęście uzupełniałam niedobory białka dużą ilością szynki na kanapach, więc nie było tak źle.
PODSUMOWUJĄC: w skali od 1-10 ten wyjazd oceniam na mocne 6. Uważam że nie było źle, ale mogło być lepiej. Dalej nie przełamałam swoich oporów przed zwracaniem się do kogoś w języku angielskim, ale nie żałuję że pojechałam do Międzygórza.( bo właśnie tam odbywał się EuroWeek)
Na początku tego obozu pomyślałam, że już nigdy więcej nie pojadę na coś tego typu, ale w ostatni dzień, kiedy bardziej zacieśniliśmy kontakty z innymi uczestnikami obozu, coś czuję, że nie po raz ostatni byłam w Międzygórzu. Także z mojej strony to tyle, jeśli mielibyście jeszcze jakieś pytania piszcie w komentarzach,
Do następnego, Weronika
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz