niedziela, 26 lipca 2015

BLUEBARRY MUFFINS


Cześć kochani! Dzisiaj zupełnie inny post. Są wakacje, więc postanowiłam trochę pogotować, a dokładnie popiec. Jak na razie moje zdolności kulinarne nie pozwalają mi zrobić czegoś na wyższym poziomie niż pomieszanie składników i wrzucenie ich do piekarnika, w związku z czym zaczęłam częściej piec babeczki. I dzisiaj chciałabym pokazać Wam jedne z nich!



poniedziałek, 13 lipca 2015

RED LIPS, PALE FACE

Witam! Dziwnie tak zaczynać, ale jestem z nas mega dumna. Posty pojawiają się w miarę regularnie, dodatkowo mamy jako taki pomysł na nagłówek, a gdy już go zrobimy wygląd bloga będzie całkiem skończony! Także trzymajcie kciuki żebyśmy jak najszybciej zrobiły to co mamy zrobić :D

A teraz do rzeczy. Dzisiaj druga część zdjęć z Natalią. Ta jest zdecydowanie mniej spójna niż poprzednia, ale i tak jestem z niej bardzo zadowolona. Może zapytacie skąd tytuł? No więc jeśli  kojarzycie piosenkę Ed' a Scheeran' a "The a team", to pewnie pamiętacie początkowe słowa tego utworu. I ogólnie mówiąc to właśnie ona zainspirowała mnie do takiej nazwy. Oczywiście musiałam je trochę zmodyfikować, bo jednak Natalia ma niesamowicie czerwone usta, ale żeby było wiadomo, to Ed był moją inspiracją, którego swoją drogą słucham ostatnio bardzo często. Czas mnie goni, więc niestety zbyt dużo tutaj dzisiaj nie napiszę, ale zrekompensuje się następnym razem.
Zapraszam do oglądania zdjęć!

 

niedziela, 12 lipca 2015

EUROWEEK

Cześć to znowu ja... ale chwila - słowo ''znowu'' tutaj nie pasuje, bo za dużo to mnie tutaj nie było, także może zacznę normalnie: cześć to ja, Weronika :D
Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć trochę i podzielić się wrażeniami na temat naszego ostatniego obozu z Olą, czyli EuroWeeku.
Tak więc na początek - EuroWeek to obóz zarówno dla dzieci jak i dla młodzieży, dzięki któremu możemy podszkolić swój angielski i zacząć (w moim przypadku nieudolnie próbować) porozumiewać się z różnymi osobami w języku angielskim. Dużą zasługę mają oczywiście wolontariusze z całego świata, których nieumiejętność wymawiania naszych syczących spółgłosek zmuszała do pogadania z nimi po angielsku. Po pierwsze, muszę napisać dlaczego w ogóle zdecydowałyśmy się na taki obóz, ano dlatego, że w maju nastał taki piękny dzień w czasach naszej szkoły, kiedy to przyjechały do nas Cristina i YuWili, dwie wolontariuszki z Rumunii i Filipin w ramach projektu EuroWeek - Szkoła Liderów. Po pierwszych zajęciach z nimi czułam się jakby ktoś przekazał mi energię równą tysiącu małych laptopów których bateria jest naładowana w stu procentach. ( taak wspominam o bateriach w laptopach, bo mój staruszek niestety już powoli odchodzi na emeryturę) Naprawdę, jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak szczęśliwa niż po zajęciach z nimi, dlatego kiedy tylko dowiedziałyśmy się z Olą, że jest możliwość pojechania na parę dni na EuroWeek,  i tu używając miejskiego slangu, '' tak się najarałyśmy'' że się mało nie spaliłyśmy. Jakiś czas po tym zaliczka wpłacona, zgoda oddana - jedziemy! I wreszcie 5 lipca pojechałyśmy.
Pierwsze wrażenie? Super. Miejscowość ładna, ośrodek tak czysty i ładny, że aż się zdziwiłam, że przeznaczają go na miejsce pobytu dzieciarni z całej Polski, (a wiadomo, jaka ta nasza polska młodzież jest) ogółem na prawdę przyjemnie. No ale moje dobre wrażenia były czysto estetyczne, bo no cóż, szczerze powiedziawszy po pierwszych zajęciach mój entuzjazm gwałtownie spadł w dół i zarył twarzą w krawężnik. Nie było tak jak sobie wyobrażałam, czułam się zmęczona, zajęcia polegały głównie na grach i zabawach, a kiedy spojrzałam na plan naszego 5-dniowego obozu w głowie pojawiły mi się myśli samobójcze, czy aby na pewno nie wykorzystać tego pięknego, drewnianego balkonu i nie skoczyć z niego, tym samym kończąc mój pobyt na EuroWeeku, Ale jak widać żyję i pisze teraz do Was, więc balkon musi jeszcze poczekać. Już wyjaśniam dlaczego, ano dlatego że mieliśmy wypełnioną dosłownie każdą godzinę dnia, począwszy od godziny śniadania czyli od 8.00 aż do 20.00. Zajęcia, zajęcia, zajęcia. Tak wiem, po to tam przyjechaliśmy, aby się uczyć, ale gdzie czas na odpoczynek? Ale na szczęście, nie trzymaliśmy się planu tak dokładnie jak myślałam i jednak trochę tych przerw było. Szczerze powiedziawszy zajęcia nie były złe. Naprawdę, Ale mogły być lepsze, bo jednak nauka angielskiego przez formę gier i zabaw nie przemawia do mnie. Był też czas na uzupełnienie swoich marnych zapasów, poprzez spacery do pobliskiego sklepu czy też kawiarni, także dostęp do cywilizacji mieliśmy :D Aaa i najważniejsze: w hotelu była dostępna najlepsza rzecz pod słońcem, taka kroplówka na odległość, utrzymująca nas przy życiu, a mianowicie mała niepozorna rzecz zawieszona koło naszych drzwi - ROUTER TP-LINK! (a teraz oklaski za najbardziej głupi tekst dziecka urodzonego koło WiFi, które cieszy się właśnie z takich rzeczy)
Dużym plusem na obozie były prezentacje poszczególnych krajów, prowadzone przez wolontariuszy, które były zrobione na prawdę super. Nie tylko patrzyło się na nie dobrze ale i słuchało również. Dlatego wiem, że najchętniej oglądanym przez Chińczyków jest serial, który przypomina trochę skośnooką Modę na Sukces tylko kilka tysięcy lat wstecz, Każdego dnia po godzinie 20.00 odbywała się dyskoteka, można było więc trochę powyginać nasze sterane reumatyzmem ciała. Niestety nie robiłyśmy tego za często i często spędzałyśmy wieczory z nosami w telefonach albo w grając w karty. (nie umiem kłamać w Oszusta...)
Aaa i zapomniałabym - jedzenie było dobre, kolacje i śniadania cud miód ale obiady pożal się Boże, przez 5 dni ANI RAZU mięsa! Na szczęście uzupełniałam niedobory białka dużą ilością szynki na kanapach, więc nie było tak źle.
PODSUMOWUJĄC: w skali od 1-10 ten wyjazd oceniam na mocne 6. Uważam że nie było źle, ale mogło być lepiej. Dalej nie przełamałam swoich oporów przed zwracaniem się do kogoś w języku angielskim, ale nie żałuję że pojechałam do Międzygórza.( bo właśnie tam odbywał się EuroWeek)
Na początku tego obozu pomyślałam, że już nigdy więcej nie pojadę na coś tego typu, ale w ostatni dzień, kiedy bardziej zacieśniliśmy kontakty z innymi uczestnikami obozu, coś czuję, że nie po raz ostatni byłam w Międzygórzu. Także z mojej strony to tyle, jeśli mielibyście jeszcze jakieś pytania piszcie w komentarzach,

Do następnego, Weronika

czwartek, 9 lipca 2015

BRAID WITH FLOWER

Cześć! Wracamy po krótkiej przerwie, a mianowicie byłyśmy na tygodniowym obozie językowym. Co prawda tylko w Polsce lecz i tak było niesamowicie ze względu na wolontariuszy z całego świata. Ale dzisiaj nie o tym. Więcej o obozie w następnym poście, przedstawimy plusy i minusy takiego wyjazdu i mam nadzieję, że pomimo braku zdjęć taka "sucha" notka Was nie zanudzi.


A dzisiaj efekty ze zdjęć z Natalią. Zrobiłyśmy je jeszcze przed moim wyjazdem z Weroniką, ale niestety nie zdążyłam dodać ich na bloga, więc czekały wiele dni na pokaz światłu dziennemu. To były moje pierwsze tak długo robione zdjęcia (w sumie około 5h) , ale w żadnym wypadku niemęczące. Natalia ma niesamowitą, oryginalną urodę, a bladą cerę uwielbiam, więc mam nadzieję, że moja modelka nigdy się nie opali xd. Ponieważ nasze spotkanie trwało tak długo, łatwo się domyślić, że zrobiłam ogrom zdjęć, w związku z czym podzieliłam je na dwa posty. Pierwsza część dzisiejsza, utrzymana bardziej w tonacjach zimnych ze względu na znalezione przez nas polne kwiaty (jasieniec piaskowy). Bardzo chciałyśmy podbić nimi kolor oczu Natalii, więc powtykałyśmy je ostatecznie w kłosa, którego swoją drogą udało mi się zapleść. A uwierzcie mi, robiłam go pierwszy raz, nie mówiąc już o bardzo pomocnym w tej chwili wietrze. Jednak wszystko wyszło tak jak zamierzałyśmy. Ja z Natalą jesteśmy zadowolone, ale ostateczną ocenę zostawiam Wam!



wtorek, 16 czerwca 2015

OLA


Cześć! Pomimo zmęczenia i ciągłego przysypiania przed laptopem postanowiłam tu dzisiaj zaglądnąć i dodać coś, czego jeszcze nie było. Jako, że interesuję się fotografią, a w szczególności fotografią ludzi, będę tutaj co jakiś czas prezentować efekty owych "sesji".  Więc tym razem na zdjęcia wybrałam się z Olą, która swoją drogą często będzie moją modelką, gdyż nie ukrywam, że to właśnie z nią rozpoczęłam moją przygodę z fotografią. Realizując sesje staramy się szukać nietuzinkowych kadrów, ale jak wiadomo cały czas się uczę i mój cel nie zawsze zostaje osiągnięty. Jednak były to dla mnie bardzo ważne zdjęcia, bo mogę je uznać jako premierę mojego nowego obiektywu, o którym za niedługo powiem pewnie trochę więcej. Jak na razie poznaję jego zalety i mam nadzieję, że dalej będzie się tak dobrze sprawdzał. Poza tym dzięki tym zdjęciom mogłam zobaczyć się z Olą, która na co dzień mieszka w internacie i nie mając możliwości spotkać się w tygodniu, nadrabiamy w weekendy. Jak widać zdjęć nie ma dużo, bo uznałyśmy tą sesje jako krótki test obiektywu..
A co u mnie? Baaardzo dobrze. Nareszcie nie roztapiam się z gorąca, a mój trawnik nie zamienia się w saharę. Koniec roku się zbliża, więc nauki już praktycznie nie ma. W zasadzie to zostało tylko przygotowanie końcowej akademii i pojedyncze występy. 
Dodatkowo uśmiech nie schodzi z mordki, bo w najbliższym czasie same wyjazdy.
Koniec gadania, oglądać zdjęcia! :)


czwartek, 11 czerwca 2015

NEW BEGINNING

Cześć to znowu ja, Weronika. Dawno mnie tu nie było, ojj dawno, ale przecież trzeba w końcu powrócić prawda? A więc wreszcie, w końcu nadeszły słoneczne dni, można trochę ponarzekać jak to człowiek rozpływa się pod nadmiarem ciepła ( lato już tuż-tuż to chyba normalne że ma być gorąco) czy też wpadać w depresję, bo trzeba w końcu pozbyć się tego futra i doprowadzić nogi do jako takiego wyglądu. Ale dobra, dosyć już o goleniu. Kiedyś pisałam o zakończeniu pierwszego semestru, teraz aż głupio mi po tak długiej przerwie pisać o zakończeniu JUŻ drugiego semestru, czyli tego ostatecznego. Jest masa roboty, bo nauczyciele nie widzą tego, że sterani życiem uczniowie chcą w końcu rzucić to wszystko i tego magicznego dnia, czyli 26.06.2015 roku, wybiec na łeb, na szyję z dziesięciomiesięcznej odsiadki w Azkabanie. Ale co tam skoro już prawie koniec to dorzućmy jeszcze kartkóweczkę i mały sprawdzianik. Dajcie już spokój... Ale jednak  wygrana Festiwalu, na którego przygotowanie się zajęło nam cholernie dużo czasu, skutecznie odciągnęła mnie od myśli co jeszcze czeka mnie do zdania w tym roku. Po przyjściu na salę, oglądaniu innych grup, wyjściu na scenę i paru minut przeklinania w myślach dziwnej tendencji nie działania sprzętów wtedy kiedy nie trzeba, skończyliśmy prezentację naszych projektów. A potem... A potem wreszcie nadszedł czas wyżerkę, czyli główny cel naszego przyjazdu na Festiwal. Po zmieleniu wszystkich ciastek, przepiciu wodą i skonsumowaniu paluszków, żeby nie było mi za słodko, poszliśmy tańczyć. To był zdecydowanie najlepszy moment podczas dzisiejszego podsumowania, Po zatańczeniu zumby (czyli w moim wykonaniu ruszanie wszystkimi częściami ciała z bananem na buzi) wreszcie nadszedł czas na wyniki. No i nasza grupa informatyczna wygrała! :D  Dzisiejszy dzień uważam za pozytywny, misja została wykonana. Ale teraz  trzeba zająć się w końcu blogiem! Zmobilizować się do systematycznego pisania postów (taak Weronika do SYSTEMATYCZNEGO pisania postów), do stworzenia sobie w internecie takiego małego, własnego pokoju jakim jest blog, w którym jest coś z każdej z nas, z Oli, ze mnie. Fajnie jest mieć świadomość, że gdzieś w tam w odległych czeluściach, nieskończonej sieci masz swoje miejsce i dzielisz się z innymi tym co robisz, dzielisz się pasjami, dzielisz się po prostu sobą. Dlatego trzeba spiąć wiadomo co i ruszyć do przodu z tym wszystkim. Żesz kurde, ale się rozpisałam. Jeśli dobrnęliście do końca to wielki ukłon dla was. Ja już idę spać, bo coś mi się wydaje, że jutro grawitacja wokół łóżka rano będzie 10 razy silniejsza niż zazwyczaj. No to do następnego!


Weronika



niedziela, 7 czerwca 2015

THE TRIP IN ZAGÓRZE

Cześć! Nawet nie wiecie jaka jestem z siebie dumna. Po pierwsze w przeciągu trzech dni dodaje kolejny post (swoją drogą z taką częstotliwością możecie zobaczyć tutaj coś nowego), a po drugie zrobiłam dzisiaj dobre kilka kilometrów podczas wędrówki po zagórskich górach. Mowa tutaj o małej miejscowości na południu Polski. Wyruszyłam na wędrówkę wraz z moim tatą o godzinie jedenastej,a wróciliśmy około piętnastej, więc całe cztery godziny aktywnie wędrowaliśmy przez lasy, pola i niesamowicie kwieciste łąki. Tak wiem, wyjście na wycieczkę w najcieplejszych godzinach dnia to istne samobójstwo, ale pomimo potu zalewającego oczy i gryzących owadów było niesamowicie.Pierwszą górą, jakiej szczyt jako pierwszy zaliczyliśmy była Żelatowa i wydaje mi się, że najwyższa wśród całych trzech. Następnie przeszliśmy kilka kilometrów przez okoliczne łąki i dotarliśmy do góry Grodzisko, zaś ostatnim elementem naszej wycieczki była Bukowica, z której
wypływa czyste źródełko z miękką wodą. Myślę, że nie ma co tu więcej pisać, po prostu zapraszam do Zagórza! Życzę wam miłego poniedziałku, a ja wracam do nauki nieszczęsnej historii.