Dzisiejszy post, będzie jednym z tych postów, który będzie dotyczył niczego szczególnego i trochę sobie w nim ponarzekam. Na przykład na szkołę. Tak, styczeń, koniec semestru. Czas, kiedy uczniowie całymi stadami, usilnie próbują poprawić oceny i odliczają czas do ferii (w tym ja). Nawałnica sprawdzianów, kartkówek i Bóg wie czego jeszcze. Niestety, musimy jakoś przetrwać, wygrać to odwieczne starcie z naszym zamiłowaniem do gapienia się w sufit, zamiast pilnego notowania uczenia się na bieżąco (tak, dobrze myślicie – to był żart, nigdy z tym nie wygram).Jako, że wraz z godziną 22.00 mój stopnień humoru zaczyna gwałtownie spadać, za to stan zrzędliwości idzie coraz bardziej w górę, poużalam się jeszcze trochę. A na co? Na zimę. Tą piękną, polską pseudo-zimę, skłaniającą do głębszych refleksji, na temat tego czy jutro rano będę szła do szkoły w deszczu, z powywijanym na wszystkie strony parasolem, czy też będę się ślizgać po chodnikach, próbując nie runąć, jak długa (co zdarza się często, bardzo często).W okresie, który znany jest w szerszym gronie odbiorców jako ”zima”, mój strój, a właściwie jedna z jego warstw, składa się z dwóch podstawowych rzeczy – legginsy i polar. Nawet nie wiecie jak takie dwie prozaiczne rzeczy chronią przed wizerunkiem typowego przechodnia z nietolerancją pogody poniżej 0 °C. Nieobecny z zimna wzrok, czerwony nos (z którego często cieknie jak z kranu) i szczękanie zębami, które po dłuższym czasie zaczyna być nieco uciążliwe. Legginsy ubrane pod spodnie i polar nałożony na wasz normalny strój są lekiem na całe zło, przynajmniej dla mnie.
Dobra, kończę już to gadanie, ponarzekam sobie jeszcze kiedyś, ale obiecuję posty będę pisać przed 22.00, aby oszczędzić wam tego ględzenia. W takim razie do następnego
Weronika
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz